Browsing Category:

Rozkminy

Copyrajder, czyli copywriter za kierownicą taksówki

copyrajder

Znacie ten kawał?

– Taksóweczka stoi pod blokiem.

– Ale ja nie zamawiał!

Tak mógłby odpowiedzieć copywriter na żart kumpla po całym dniu pracy…

Continue reading

Pełnia życia na fali

Pełnia życia na fali

Słucham Roxette i wspominam dzisiejsze popołudnie, które spędziłam na poczcie. Wiosna to taka piękna pora roku, jedna z moich ulubionych i bardzo pozytywnie nastraja mnie do życia. Piję whisky przygotowaną przez mojego męża i śmieje się z samej siebie, gdy dziś tak się zamyśliłam, że prawie przegapiłam swoją kolejkę na poczcie, bo oczywiście płodziłam w myślach ten wpis, a nie miałam przy sobie żadnego kawałka papieru ani nawet chusteczki. Znacie taką ironię losu? 🙂 Za inspirację do tego wpisu serdecznie dziękuję pełnej życia  70-letniej babeczce, która umiliła mi dzisiejsze czekanie na swoją kolejkę na poczcie i której pewnie już nigdy w życiu nie spotkam. Bo to o niej będzie ten wpis.

Continue reading

Moje nominacje do Share Week

Posted in Inspiracje, Rozkminy, Znajdki z sieci
on Marzec 14, 2017
share week - ulubione blogi

Ograniczenie się do trzech ulubionych blogów jest dla mnie trudne. Postanowiłam więc pierwszy raz przystąpić do akcji Share Week i polecić kilka blogów. Jestem uzależniona od słów i dobrych treści. W sieci jest ich pełno, ale tylko niektóre z nich mnie inspirują. Za co je lubię? Na podium znalazły się więc trzy blogi skupiające tematykę produktywności, autentyczności życia i kreatywności.

Continue reading

My first 7 jobs, czyli co robiłam zanim zostałam copy

Posted in Lifestyle, Rozkminy, Storytelling
on Luty 15, 2017

Dziś na blogu opowiem Wam o tym, kim byłam, zanim zostałam copywriterką. Trochę tego było, praca w różnych zawodach nauczyła mnie elastyczności, pozwoliła dojść do pewnych wniosków, poznać wiele świetnych osobowości. Dzięki temu nabrałam też doświadczenia, pewności do podróżowania, a jednocześnie odwagi. Dodatkowo pozwoliła mi też na rozwinięcie skrzydeł, poznanie innych zawodów z dystansem, a jednocześnie wykazania się w nich. Dodam, że jestem jednak sercem za freelancingiem i chyba nigdy mi to nie przejdzie 🙂

Continue reading

Wady i zalety copywritingu – czy jest to praca dla każdego?

Posted in Copywriting, Produktywność, Rozkminy
on Styczeń 17, 2017
copywriting - jakie ma wady i zalety?

Życie zawodowego copywritera to pasmo różnych sukcesów i porażek, zmiennych emocji, wypchanego kalendarza na tyle, że czasem nie ma czasu, aby podrapać się po tyłku i uzupełnić portfolio, ale też luźne dni, w których można popracować nad warsztatem, stworzyć tekst na bloga lub zupełnym przypadkiem w czasie dnia wolnego nawiązać nową współpracę. To ta dobrze znana złośliwość, gdy próbujesz odpocząć po ciężkiej pracy, a nagle zdarza się coś, co Ci o tej pracy przypomina. To nieustanny wyścig z czasem i swoimi możliwościami, to ciągłe sprawdzanie swoich granic i życie w innym wymiarze. Copywriting to coś więcej niż praca, która motywuje, rozwija i uczy. Nieustannie otwiera oczy i umysł na wszystko, co nowe. To zawód z przyszłością, niestety nie dla każdego.

Continue reading

Stały związek – jak wytrwać i nie zwariować?

Posted in Lifestyle, Rozkminy, Storytelling
on Styczeń 5, 2017

Zacznę od tego, że stały związek to naprawdę coś wielkiego i podziwiam wszystkich, którym się to udało (zarówno tych, którzy uciekli jak i tych, którzy jeszcze nie zwariowali :). Ja tkwię w takim już długo i jakoś specjalnie nie narzekam ;). Stały związek (w zależności od podejścia i zaagażowania) może być źródłem ogromnej siły, wsparcia, ale tylko wtedy, gdy pracuje się nad nim wystarczająco długo. Nie jestem dobra w pisaniu o miłości, ale spróbuję.

Continue reading

Storytelling na przykładach historii Humans of New York

Posted in Inspiracje, Lifestyle, Rozkminy, Storytelling
on Grudzień 28, 2016

Ciekawią. Uczą. Bawią. Inspirują. Smucą. Motywują. Zaskakują. Historie ludzi takich jak my, życiowe opowieści. Takie historie, czyli storytelling są powtarzane przez babcie niczym najpiękniej opowiedziana bajka na dobranoc, w którą wierzymy latami. Niektóre z nich wracają do naszych mózgów niczym złośliwe déjà vu, inne są przekazywane z pokolenia na pokolenie z jakiegoś ważnego powodu. Bywają też takie, którymi chętnie dzielimy się z innymi. Są niczym sprawdzony przepis na pyszną szarlotkę. Niektóre powstają w wyniku nieporozumień, gdy nie wiemy, komu wierzyć. Innym razem bywają przerysowane na tyle, że wątpimy w ich znaczenie, ponieważ brzmią nieprawdopodobne. Tak jest właśnie w przypadku historii ludzi z Nowego Jorku, a storytelling naprawdę daje do myślenia.

Na początku są nie do uwierzenia, innym razem są łudząco podobne do naszych doświadczeń, jakby ktoś z ukrycia obserwował to, co robimy i stworzył na podstawie tego opowieść. Czym byłoby życie bez przeżyć i emocji? Storytelling to siła napędowa w budowaniu dobrych relacji, ale też świetna inspiracja do stworzenia własnej książki. Nieustannie zdumiewa mnie w jaki sposób historie i zdarzenia wpływają na ludzi oraz w jakim tempie dzielimy się historiami i przeżyciami z innymi.

Continue reading

Gefyrofobia, czyli historia o strachu – jak go oswoić?

Posted in Lifestyle, Rozkminy
on Grudzień 3, 2016
Krótka historia o strachu

Każdy z nas ma jakieś strachy, nieuzasadnione lęki, obawy. Wydawać by się mogło, że to zupełnie naturalne. Ale jak je pokonać? Dziś podzielę się kawałkiem mojej historii, która sprawiła, że czuję się silniejszym człowiekiem i opowiem jak pokonałam dziwny lęk, który towarzyszył mi od lat. Należę ogólnie do osób odważnych, ale z pokonaniem tego strachu łatwo nie było…

Gefyrofobia, czyli jak to się zaczęło?

Zacznę od tego, że o tej fobii nie ma zbyt dużo informacji w sieci. Obiektywnie gefyrofobia jest dość ciekawą i specyficzną fobią, więc postanowiłam o tym napisać, bo wiem, że takich ludzi jak ja, jest znacznie więcej. Mam nadzieję, że moje postępy komuś pomogą, zainspirują do konfrontacji ze strachem. Powiem więcej: Bardzo do tego namawiam, choć to cholernie trudne, a momentami nawet niewyobrażalne. Gefyrofobia wymaga odwagi i czasami też konfrontacji…  Jak było u mnie? Zaczęło się kilka lat temu, jak przejeżdżałam pod wiaduktem. Był obleśny, stary, ciemny. Jednym słowem: przerażający i nieprzyjemny. Kolor? Jakiś taki bladoniebieski wpadający w zapomnianą zieleń. Tak mniej więcej. Nazywam to kolorem szpitalnym. Na początku była to zwykła niechęć przejeżdżania pod takimi wiaduktami, po prostu to tak samo jakby nie lubić np. jakiejś potrawy.

Od kilku lat towarzyszył mi dziwny, nie dający się racjonalnie wytłumaczyć niepokój przed… mostami, wiaduktami i konstrukcjami. Przytłaczała mnie ich masywność, tak mi się wydaje. Z biegiem czasu przerażały mnie zjeżdżalnie, rury. Potrafiłam nawet unikać świetnej zabawy na pływalni z powodu obawy, że mogłabym znaleźć się w takiej, ciemnej rurze na dłużej niż to konieczne… Natomiast w mostach, co ważne, nie lubię tego uczucia, że coś jest nade mną. Właściwie do dziś nie wiem dlaczego, ale ilekroć miałam przejeżdżać lub przejść przez most, coś w środku mnie blokowało. Był to na tyle dziwny strach, który sprawiał, że m.in ograniczałam drogi, wybierałam te znacznie dłuższe, aby nie było mostów, kładek, wiaduktów i innych dziwactw, bałam się przejeżdżać przez mosty, przechodzić przez nie. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że kiedyś w Paryżu stanę pod Wieżą Eiffla i spojrzę w górę albo, co gorsza, wjadę na sam szczyt mając centralnie przed twarzą te wszystkie „żelastwa”. W życiu nie przejechałabym rowerem po moście ani nie poszła na spacer pod mostem.  Nie stanęłabym stopą na niestabilnej kładce nad wodą ani nie posiedziała tyłkiem na plaży nad Wisłą w pobliżu mostu.

Tak mi się przynajmniej wydawało…

Gefyrofobia –  Moje konfrontacje i postępy

dsc_1070

Lęk przed przekraczaniem mostów to gefyrofobia, choć ja też zaliczam ją do lęku przed konstrukcjami. Przez wiele lat nie wiedziałam, że moja fobia ma taką nazwę. Podobno ludzie, którzy mają takie obawy, nie odczuwają lęku wysokości, choć w obu przypadkach objawy są bardzo podobne m.in zawroty głowy, omdlenia, zaburzenia równowagi. Ja na przykład nigdy nie miałam omdleń, ale pozostałe objawy jak najbardziej.

Pierwsza moja konfrontacja z „żelastwem”, jak ja to nazywam, była w Wiedniu. Pojechałam tam jako 17-latka, gdzie pracowałam i spędzałam wakacje. Był tam taki wielki park Kardinal-Nagl-Park, który bardzo lubiłam. Codziennie po pracy chodziłam tam odpoczywać, ale żeby dotrzeć do parku, musiałam przejść przez most. Na początku było to dla mnie okropne doświadczenie, czułam strach, ale potem jakoś się przyzwyczaiłam. Dodam, że to był zwykły most, bez przęseł i innych dziwactw. Kolejna „okazja” była wieczorem na Praterze – wiedeńskim wesołym miasteczku. Były tam takie parasolki. Tego wieczoru strasznie wiało, a mimo to odważyliśmy się wejść do jednej z nich, choć wejścia po obu stronach były spore. Wyobraźcie sobie tą sytuację. Byliśmy na samej górze i nagle wszystko się zatrzymuje. Wiatr nie dawał za wygraną, kołysał nas w parasolce, jakby robił to złośliwie a jedyne, czego można było się trzymać to pionowy, pokryty rdzą słupek, który w dodatku był śliski. Pamiętam do dzisiaj ten dziwny dźwięk, rdzę na konstrukcji i to kołysanie, nawet nasza parasolka nieco się przekrzywiła. Przeszło mi wtedy nawet przez myśl, że możemy spaść.

Druga moja konfrontacja. Gefyrofobia nadal trwała. Kilka lat temu w Warszawie poziom wody w Wiśle gwałtownie się podniósł. Pojechałam wtedy na Most Świętokrzyski, a raczej, precyzując stałam sobie w oddali mostu. Nienawidziłam przęseł, a świadomość, że mogę znaleźć się obok nich bardzo blisko, nawet na chwilę, paraliżowała mnie. No za cholerę nie mogłam pozbyć się tego uczucia. Mimo to zrobiłam wtedy postęp i weszłam na most, na którym w czasie stanu alarmowego było mnóstwo gapiów, którzy oglądali sobie z mostu podwyższony poziom wody w Wiśle. Przez chwilę patrzyłam na nich z daleka, a potem jednak zrobiłam pierwszy krok… No nie do wiary! Pamiętam to jak dziś, to był impuls i na chwilę starałam się zapomnieć o strachu!

Doszłam wtedy prawie do połowy mostu patrząc przed siebie, zaciskając zęby i starając się nie patrzeć na przęsła, które były bardzo blisko. Świadomość, że mogłyby się odczepić, a ja spaść, była nie do zniesienia. Skierowałam lekko wzrok na przęsła i zawróciłam, zbiegłam stamtąd. To taka ekspresowa konfrontacja, która może nie była do końca udana, ale mimo to czuję, że pomogła mi się nieco przełamać.

Z biegiem czasu życie wymagało ode mnie coraz odważniejszych konfrontacji i kiedy musiałam dostać się na drugą stronę Wisły, musiałam też przejeżdżać przez most, a raczej  pod mostem. Dokładnie pod Mostem Gdańskim w Warszawie, który jest dwupoziomowy. O ironio!. To, co robiłam i wymyślałam wtedy, byleby tylko uniknąć konfrontacji z moim lękiem to ludzkie pojęcie przechodzi 😀 :D.  Naprawdę, dziś z tego się śmieje, bo to komiczne, ale wtedy był to dla mnie koniec świata. Najpierw wsiadałam do tramwaju z kimś bliskim, aby było mi raźniej przejechać pod mostem. Potem nauczyłam się jeździć sama z zamkniętymi oczami od samego początku drogi do końca (dodam, że w połowie drogi jest przystanek i tramwaj się zatrzymuje, nie znosiłam tego, a gdyby była awaria nie wysiadłabym z tego tramwaju). Potem stopniowo zaczęłam na chwilę otwierać oczy, a potem przestałam się bać i jeździłam z otwartymi oczami. Jednak nigdy w życiu jeszcze nie wysiadłam z tramwaju będąc pod mostem. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć jak to wygląda:

Gefyrofobia czyli lęk przed mostami

Źródło zdjęcia: fakt.pl

Kolejna konfrontacja była w Gdyni na wakacjach. Mam tam rodzinę, więc zostałam kilka dni dłużej niż zwykle. Pewnego wieczoru razem z moim kuzynem i byłym chłopakiem wpadliśmy na pomysł, żeby poimprezować. Wracaliśmy pieszo do domu przez miasto, bo o tej godzinie nic już nie jeździło, a tu oczywiście niespodzianka: wielki, stary, most na naszej drodze, czyli kolejne żelastwo, z którym trzeba było się zmierzyć. Nie spodziewałam się i jak go tylko zobaczyłam to automatycznie odwróciłam się plecami i szłam w przeciwną stronę. Byłam gotowa przejść całe miasto, szukałam okrężnych dróg, byleby nie iść przez most… Dacie wiarę, że na początku przez dobrą godzinę nie mogłam się przemóc by przez niego przejść? Słuchałam tylko, że nie ma innej drogi powrotu i będę musiała to zrobić… Czułam się bezsilna, ale musiałam się przełamać. Byłam tak zdeterminowana, że chciałam czekać do rana na przystanku w oczekiwaniu na jakiś autobus, tramwaj, cokolwiek!!! Jednak to było bez sensu 🙂 Przemogłam się, choć kosztowało mnie to bardzo dużo siły i nerwów. Gdybyście mnie wtedy widzieli! Szłam jakbym kurczyła się w sobie, łzy w oczach, oczy zamknięte. Właściwie byłam wtedy prowadzona przez dwóch facetów, a ja byłam w środku, nawet nie czułam, że idę po tym cholernym żelastwie tak byłam sparaliżowana. Jaka była moja ulga, jak usłyszałam „już koniec, nie ma mostu!”, ale tego koszmaru nie zapomnę do końca życia 🙂 🙂 !!!

Następne konfrontacje były związane z Mostem Poniatowskim w Warszawie, który ma takie charakterystyczne wieżyczki. Pewnego razu wybrałam się z moim eks na spacer. Postanowił zrobić mi kawał i wybrał celowo drogę, która prowadziła przez most, a potem wszedł do jednej z wieżyczek mówiąc, żebym mu zaufała i poszła z nim. No to weszłam, choć wtedy nie wiedziałam, że schody wieżyczki prowadzą na dół… Doszłam po tych schodach tylko do połowy, do momentu, kiedy zobaczyłam wielki Most Poniatowskiego jakby „od dołu”. To był dokładnie Wiadukt Mostu Poniatowskiego… Po przeciwnej stronie był Park nad Książęcem, do którego mieliśmy iść. Zrezygnowałam na tych schodach i wróciłam na górę. Kolejna historia również dotyczy wieżyczki na Moście Poniatowskim. Któregoś zimowego dnia wybrałam się z moim mężem na spacer. Zrobiliśmy ponad 10 kilometrów, było cholernie zimno i chcieliśmy być jak najszybciej w domu. Wracaliśmy przez Most Poniatowski. Z jakiegoś nieuzasadnionego powodu nie mogłam wejść do tej wieżyczki, blokada po prostu… Niestety nie było innej drogi, więc musiałam zagryź zęby i przejść. Przebiegłam. Potem mój mąż stwierdził, że szybciej będzie, jeśli zejdziemy na dół, bo będzie krótsza droga do domu. Nie zgodziłam się, bo byłabym bardzo blisko mostu i wybrałam inną, dłuższą drogę mimo że dosłownie wszystko mi odmarzło. Mąż poszedł za mną i od tamtej pory nie nalega na drogę na skróty.

Kolejna na moście Śląsko – Dąbrowskim w Warszawie. Na początku nie mogłam znieść tego, gdy przez środek mostu przejeżdża tramwaj, a cały most drży. Wiele razy tego doświadczyłam i na początku moich prób przełamania strachu było to cholernie trudne. Z czasem było coraz lepiej – bez najmniejszych problemów potrafiłam przejść cały most, a najbardziej nie znosiłam momentów, gdy mój mąż się zatrzymywał na środku i spoglądał w dół.

Gefyrofobia – jakie są moje wnioski?

W ciągu ostatniego pół roku zrobiłam znaczące postępy i pokonałam swój lęk. Byłam otwarta na różnego rodzaju konfrontacje. Pewnego dnia, gdy jeszcze było ciepło wybraliśmy się z moim mężem na spacer nad Wisłę, żeby się wyluzować po pracy. Poszliśmy do fajnego, nowo odkrytego miejsca nad Wisłą, posiedzieliśmy tam chwilę, a potem nagle padło hasło, że nie przejdę pod mostem, który był w pobliżu. Na początku trochę się wahałam, w końcu to naturalny odruch. Potem powoli szłam w stronę mostu, aż w końcu przeszłam, choć nie było to łatwe dla mnie, a mój mąż nagrywał ten postęp :)!.

Pokonałam strach 🙂 #impossibleisnothing #bebrave #keepgoing

A photo posted by Messy Head (@messyhead.pl) on

Następną okazją do zmierzenia się ze strachem był Wiadukt Mostu Poniatowskiego, o którym już Wam opowiadałam. Przez wiele lat nawet nie myślałam, że kiedykolwiek będę w stanie stanąć pod tym mostem… W pewną listopadową niedzielę wybraliśmy się na rajd motoryzacyjny, którego meta była właśnie pod wiaduktem. Nie wiedziałam o tym wcześniej. Na początku było to miejsce odrzucające i nawet nie sądziłam, że wysiądę z samochodu tak blisko niego… Potem zrobiłam tylko kilka kroków do przodu i po namowach mojego męża i przyjaciela – poszłam z nimi „pod wiadukt”. Co dziwne, wytrzymałam tam kilkanaście minut, a nawet rozglądałam się na boki! Byłam zdumiona, że wystarczy tylko impuls, żeby to pokonać, a nawet nie zdążyłam poczuć strachu! Poniżej pokażę Wam jak wygląda Wiadukt Mostu Poniatowskiego.

Gefyrofobia

W pół roku nauczyłam się jak oswoić strach i zrobiłam ogromne postępy, z których jestem dumna. Stałam się silniejszym człowiekiem i teraz, gdy przejeżdżamy pod mostem – nie czuję strachu. Nawet, gdy stoimy w korku „pod mostem” nie przeszkadza mi to. Do ważniejszych postępów zaliczyłabym na pewno:

  • Przejście pod mostem, którego zawsze się bałam
  • Przejażdżkę na Mayanie w Enerylandii (przęsła i rury!)
  • Space Gun w Enerylandii
  • Swobodne przekraczanie mostów bez przęseł
  • Przejście przez wieżyczkę na Poniatowskim

Z czasem jak już się przełamałam, żeby wejść na most to za cholerę nie wyjrzę przez barierkę, nie zatrzymam się na moście,  nie mogę zejść schodkami, które są skierowane w stronę mostu, unikam przejść i schodów w dół, żeby zejść z mostu. Ta fobia sprawiła, że żyłam w pewnych ograniczeniach,  dziś jest mi lepiej. Z perspektywy czasu wiem, że ten strach jest irracjonalny, a sam lęk po prostu głupi. No bo jak można się bać konstrukcji + przytoczę najczęstszą reakcję ludzi na moją fobię „Jak można się tego bać, przecież to Ci nic nie zrobi?” – takie słowa bardzo mi pomogły 🙂

A jak jest u Was? Jakie macie fobie? Czego się boicie? Odważyliście się na konfrontację czy nie?

Przejdź do paska narzędzi