Freelance copywriting – podsumowanie 2 lat pracy na swoim

Posted in Copywriting
on Listopad 9, 2017
Freelance copywriting - podsumowanie pracy na swoim

Freelance copywriting był moim marzeniem odkąd pamiętam. Obiecałam sobie kiedyś, że będę zarabiać na pisaniu i uczynię z tego swój zawód, choć droga do tego była pełna zakrętów. Dziś, po dwóch latach pracy na swoim czyli we własnej firmie, mogę powiedzieć, że warto było podstawić wszystko na jedną kartę, zaryzykować i spróbować. Czas na podsumowanie tych dwóch lat, o których Wam chętnie opowiem.

Freelance copywriting, czyli jak to u mnie wygląda?

Rozpoczęcie tej trudnej, fascynującej przygody nie było łatwe. Wiem, wiem. Pewnie wiele osób chciałoby pracować w domu i zarabiać na pisaniu. Jednak freelance copywriting, a szczególnie praca w domu nie zawsze wygląda na taką łatwą i lajtową jak jest przedstawiana w wielu filmach, memach czy opowieściach znajomych. Jak było u mnie? Trochę już zdradziłam w tym wpisie o pracy kreatywnej, do którego możecie wrócić. Dziś opowiem Wam trochę o pracy we własnej firmie, o moich biznesowych obawach i o tym jak to wszystko sobie zorganizowałam. Podzielę się z Wami swoimi wnioskami i zdradzę czy według mnie to była dobra decyzja. Powiem też o tym z jakimi wyzwaniami musiałam się zmierzyć.

Praca we własnej firmie nie była moim celem od zawsze. Ta myśl o tym, żeby założyć firmę, przyszła dopiero z czasem, choć długo się nad tym wszystkim zastanawiałam. Miałam wiele obaw, które mi dokuczały i sprawiały, że dałam sobie więcej czasu na przemyślenie wszystkiego. Mam analityczny umysł i zanim coś zrobię – bardzo długo myślę, rozważam wszelkie za i przeciw. Byłam wtedy w takim momencie życia, że dużo spraw się nawarstwiło, musiałam dokonać wielu trudnych wyborów i odczekać pewien czas. Dopiero później miałam wolną głowę i czas, żeby podjąć konkretne kroki w kierunku własnego biznesu.

Priorytetem był ślub i zorganizowanie wesela (o tym jak zorganizować ślub i wesele w 9 miesięcy) przeczytacie tutaj, które wymagało dużo pracy i czasu, dlatego musiałam sobie wszystko dokładnie przeanalizować.

Postawiłam więc otworzyć firmę reklamową dopiero w październiku. To była końcówka 2015 roku. Od początku chciałam korzystać z usług mojej dobrej księgowej, do której mam tylko kilka metrów. Szukałam kogoś, kto mi doradzi, zna się na tych wszystkich prawnych aspektach, ekonomii i będzie potrafił wszystko policzyć jak trzeba. No i kogoś, kto na pewno się nie pomyli w obliczeniach.

Pisałam już, że z matematyką jestem totalnie na bakier i obiecałam sobie, że po obowiązkowej maturze z matematyki nie tknę jej, choćby nie wiem co. Potrafię zrobić proste obliczenia, ale gdy trzeba liczyć przez bardzo długi czas to prędzej dostałabym białej gorączki niż liczyła na to, że wyjdzie mi poprawny wynik albo że się w tych obliczeniach nie pogubię. Właśnie z powodu tego, że jestem kiepska z matmy no i nie mam do niej cierpliwości, zdecydowałam się zaufać komuś, kto byłby dla mnie dostępny i stacjonarnie, i online.

Decyzja o firmie była dla mnie trochę ryzykowna, bo w końcu nie wiedziałam czy mi się uda, a to jest taka dziedzina, że mogło być różnie, nigdy nic nie wiadomo i pewnych rzeczy po prostu nie da się przewidzieć w biznesie. Zdecydowałam się, że nie będę brała żadnego dofinansowania na start ani kredytów, których jestem przeciwniczką. Nie było mi to potrzebne. Przyznam, że miałam odłożone  oszczędności „na czarną godzinę”, które mi spokojnie wystarczyły na pierwsze dwa lata prowadzenia firmy. Dużo też nie potrzebowałam, bo wcześniej pracowałam tak przez kilka lat, a porządny sprzęt kupiłam dopiero z czasem. Nie miałam też ciśnienia, aby na siłę wszystko wrzucać w koszty firmowe, wiedziałam, że to wymaga bardzo dokładnego przemyślenia, bo nie wszystko w te koszty można wrzucić i nie zawsze się to opłaca. Na firmę zdecydowałam się dopiero wtedy, gdy miałam solidną bazę zadowolonych klientów i wiedziałam, że miałabym dla kogo pracować. Choć z perspektywy czasu żałuję, że zrobiłam to dopiero w 2015 roku, bo gdybym zdecydowała się wcześniej – również spokojnie dałabym radę. W moim przypadku nie była to więc decyzja aż tak ryzykowna, jak myślicie.

Największe obawy biznesowe

Największa obawa w tamtym okresie? Że musiałabym zostawać z całą papierologią sama i miałabym oczy na zapałkach, a cyfry śniłyby mi się po nocach na tyle, że w końcu zdecydowałabym się pieprznąć wszystkimi papierami o ziemię. Skończyłam liceum ekonomiczne, więc jakieś tam pojęcie mam, ale i tak nie pomogło to w tym, abym przełamała się co do matematyki na tyle, aby samodzielnie prowadzić księgowość swojej firmy. Poza tym nie mam na to aż tyle czasu, dlatego bardzo doceniam moją księgową, bo robi kawał dobrej roboty i potrafi odpowiedzieć na moje najgłupsze pytania. Obawy biznesowe? Był też moment, w którym nie potrafiłam wystawić faktury, bo zwyczajnie nie wiedziałam jak to się robi. Nigdy nie miałam z tym styczności i nawet nie widziałam faktury na żywo, dlatego dużo musiałam się nauczyć metodą prób i błędów. Przerażało mnie to cholernie, a najbardziej gdy w programie do faktur wystąpił jakiś nieznany błąd, który wymuszał ode mnie czekanie (a jestem bardzo niecierpliwa w takich sytuacjach). Bałam się nawet tego, że gdzieś coś źle kliknę, coś wystawię nie tak jak trzeba, a potem będę to musiała szybko odkręcać (i nie byłam pewna czy się da!).

Druga obawa pewnie typowa dla większości przedsiębiorców – opłaty ZUS. Bałam się tego, że musiałabym dokładać do biznesu albo, że w ogóle nie zarobię w danym miesiącu i nie będę miała wystarczająco dużo pieniędzy na opłaty. Choć z perspektywy czasu te obawy mnie trochę bawią.

Jak wyglądały 2 lata pracy na swoim?

Pierwsze miesiące działania jako firma wspominam niezwykle intensywnie. Bardzo dużo projektów, bardzo mało czasu, oglądanie jesieni z okna, przełączanie się z jednego trybu na kolejny i nagle to olśnienie, gdy po kilku dniach udało się wyrwać na krótki spacer, żeby zobaczyć jak wygląda prawdziwe życie. Byłam dosłownie jak maszyna, a po kilkunastu godzinach pracy jak roślina, której trzeba było powtarzać to samo trzy razy. Jak piszę to naprawdę potrafię się wyłączyć i bardzo trudno mi wrócić do rzeczywistości. Było dynamicznie, momentami trudno, ale zawsze podchodziłam do pracy z takim samym entuzjazmem jak teraz. Było dużo wyzwań – np. dużo tematów technicznych, na których opracowanie miałam bardzo mało czasu, bo narzuciłam sobie szalone deadline’y. Potrafiłam stworzyć obszerny materiał techniczny o pompach ciepła w ciągu 4 dni roboczych, choć niejednokrotnie bolała mnie po tym głowa, ale było warto, bo uwielbiam dynamikę pracy copywriterskiej i lubię wymagać od siebie bardzo dużo.

Nigdy się nie oszczędzałam – pracowałam czasami wieczorami, czasami do późna w nocy, a także wtedy, gdy migrenowy ból głowy dosłownie rozsadzał mi czaszkę. To jest właśnie cena pracy na swoim i definicja ciężkiej pracy. Ja nigdy nie odpuszczam, choć wiem, że są osoby, które na moim miejscu pewnie popukałyby się w czoło i powiedziałyby: „Dziewczyno, jesteś na swoim, weź idź się połóż, praca poczeka!”. Mhm… Bardzo bym chciała, żeby tak było. Gdybym nie narzucała sobie czasami morderczego tempa pracy – prawdopodobnie dziś nadal nie byłabym zorganizowana i żyła w ciągłym niedoczasie. W pisaniu sama dla siebie jestem wymagająca, dlatego żartobliwie nazywam siebie w tym pisaniu masochistką. Nie potrafię bez tego wytrzymać tygodnia! (Wyjątkiem jest urlop, ale i tak mnie ciągnie do pisania na wakacjach). Wiem jednak, że pisanie z samego rana często u mnie graniczy z cudem, dlatego staram się przeznaczać na sen bardzo dużo czasu, bo gdy się wyśpię zwyczajnie jestem najbardziej efektywna w pracy. Choć nie powiem, potrafię pracować o bardzo wczesnych porach, ale zazwyczaj kończy się to tym, że w południe jestem już rośliną, dlatego nie dam się zwieść złudnemu uczuciu wysokiej efektywności w okolicach piątej rano, bo wiem jak to się u mnie skończy.

Trudności w pracy na swoim – co jest szczególnie ciężkie do zniesienia?

Największe trudności? Na pewno praca z bólem głowy. Zorganizowanie swojego czasu na pracę w domu + rozdzielenie obowiązków domowych. Kiedyś mała pierdoła potrafiła wybić mnie z rytmu, dziś to jest niemożliwe. Pracuję po tyle godzin, żeby wieczory zawsze mieć wolne i weekendy. Szanuję swój czas na życie osobiste, dlatego staram się dostosowywać swój grafik do godzin pracy mojego męża tak, żeby być dla niego, gdy on wraca z pracy i zająć się typowo przyziemnymi obowiązkami. Odpoczynek i zdrowie psychiczne są dla mnie bardzo ważne, dlatego nigdy nie pracuję więcej niż ustalone 8 godzin. Często udaje mi się wyrobić z pracą w 6 godzin. Zdarza mi się nie sprzątać dwa tygodnie, ale nie mam wyrzutów sumienia, bo nie jest i nie był to dla mnie priorytet. Zdarza mi się zapomnieć o prostych czynnościach jak podlanie kwiatów, dlatego muszę planować takie zadania w notesie. Pracuję dużo i intensywnie, a sprzątam raz w tygodniu, zwykle w poniedziałki.

Do pewnego czasu wielką trudnością było dla mnie zdecydowanie na czym chcę się skupić. Zdecydowałam, że nie jestem dla wszystkich i nie przyjmuję każdego zlecenia. Mając firmę na pewno musiałam się zorganizować, a pomaga mi w tym wyjątkowy system analogowego planowania bullet journal i aplikacje internetowe takie jak np. Evernote lub Remember the milk. Szczególnie nie interesują mnie zlecenia „na wczoraj” albo takie, które wymagają pracy w weekendy. Wolę skupić się na porządnych, dobrze płatnych zleceniach, które mnie rozwijają jako copywriterkę niż na jednorazowych współpracach. Bardzo podoba mi się też praca, gdzie mam w 100 % wolność działania – takie projekty wymagają dużego zaangażowania i poświęcenia, ale czuję się w nich jak ryba w wodzie, dlatego wolę współpracę bezpośrednią, gdzie mogę się wykazać inicjatywą.

Co dalej? Podobnie jak Ola – mam swoją listę klientów z którymi po prostu nie podejmuję współpracy, dlatego polecam jej tekst, z którym w pełni się zgadzam. Nie pracuję z osobami, które już na wstępnie nie wiedzą czego chcą. Nie mam nic przeciwko w tym, aby im doradzić czy naprowadzić na konkretne rozwiązania, pomóc, ale bardzo cenię konkrety we współpracy, które są dla mnie podstawą do tego, żeby działać efektywnie i oszczędzają mój czas. Nie pracuję też z osobami, które każą mi się domyślać o co chodzi i tzw. wizjonerami obiecującymi długotrwałą współpracę. Ani z takimi, które już na wstępie chcą się targować, proszą o rabat lub zniżkę na poczet regularnej współpracy. Do tego grona dorzuciłabym osoby, które zwyczajnie nie szanują mojej pracy, chcą jak najwięcej zaoszczędzić i zwyczajnie mają wysokie oczekiwania nieadekwatne do swojego budżetu i szukają jeleni zamiast dobrego copywritera. Albo takie, które obiecują złote góry, oczekują próbnych tekstów, a o kwestiach finansowych chcą porozmawiać na samym końcu. Nigdy nie pracuję bez umów i zadatków, konkretnych warunków współpracy i bez wytycznych. Polecę też wpis Maćka o tym jak przychodzi klient do freelancera

Jednym z minusów we freelancingu są też klienci, którzy próbują przeciągać płatność w nieskończoność, dlatego nie wierzę w teksty o słynnych urlopach, wyjazdach księgowych i tego typu wyjaśnieniach. Co prawda tego typu klienci to u mnie rzadkość, ale trzeba mieć własne standardy współpracy, żeby nie dać się ciągle wodzić za nos. Do biznesu trzeba mieć nerwy ze stali. Nie współpracuję z klientami, którzy po wstępnej rozmowie nie chcą podać danych do faktury lub wpłacić zadatku na zamówienie czy podpisać umowy. Co jeszcze? Sprawdźcie mało zabawne sceny z życia freelancera u Maćka.

Freelance copywriting – jak wygląda moje miejsce pracy po zmianach?

Zdecydowałam też, że nie będę wynajmowała żadnego biura pod moją działalność. Żadna przestrzeń coworkingowa nie byłaby w stanie mnie zainteresować, dlatego dzięki temu mogłam sporo zaoszczędzić. Do pisania muszę mieć samotność, ciszę i święty spokój, dlatego też wszelkie kawiarnie odpadają, a pracy w przestrzeni coworkingowej nigdy nie traktowałabym jako coś motywującego, bo nie ma po prostu takiego miejsca, które spełniałoby moje potrzeby. Nie zniosłabym też pracy z kimś, kto patrzyłby mi na ręce albo był w pobliżu. Głównie dlatego, że przywykłam do pracy w samotności i wtedy najłatwiej o skupienie umysłowe i wysoką efektywność. Często mówię, że pisanie to dla mnie świętość i czas przechodzenia w inny wymiar, wyłączam się wtedy po prostu, dlatego ludzie by mnie rozpraszali. Chciałam pracować w domu, ale wymagało to trochę organizacji. Musiałam przygotować sobie specjalny kąt do pracy, który w moim przypadku oznaczał biurko i krzesło. Z czasem oczywiście ten kącik nieco się zmieniał, choć przyznam, że trochę to trwało. Dodam, że jako freelance copywriterka pracowałam już wcześniej kilka lat w domu, dlatego wiedziałam jak wygląda taka organizacja pracy. Choć dopiero, gdy stworzyłam firmę – pewne rzeczy musiałam sobie mocno przeorganizować.

Kącik do pracy mam we wnęce – to właśnie tutaj powstają wszystkie moje teksty (i te zawodowe, i blogowe), jest tu też część mojej pracowni scrapbookingowej. Zawsze jak pracuję to muszę mieć obok kilka kreatywnych szpargałów. Wzięło się to stąd, że zazwyczaj wszystkie kreatywne rzeczy mam pochowane w pudłach, żeby się nie kurzyły, a długo marzyłam o wózku z rzeczami na widoku, które byłyby pod ręką. Co kilka tygodni staram się sprzątać ten wózek, ale przyznam szczerze – nie zawsze mam na to czas i ochotę. Uważam, że twórczy chaos kontrolowany to coś miłego dla oczu. To dla mnie świetna motywacja zawsze, aby wszystkie zadania wykonywać na czas i żeby szybciej zaczynać weekendy, dlatego stoi obok biurka. Nie przewidziałam tylko jednego: że czasami pokusa stworzenia czegoś artystycznego będzie bardzo silna akurat wtedy, gdy mam dużo pracy. Tak też jest odwrotnie – gdy tworzę to ciągnie mnie do pisania i stale z tymi dylematami walczę. O tym, że będę kiedykolwiek miała tak, jak mam obecnie – nie marzyłam w najodważniejszych snach!!! Krzesła do pracy mam dwa (w tym jedno metalowe) i może nie do końca jest to ergonomiczne rozwiązanie dla mojego kręgosłupa, ale jestem estetką i typową babą. Krzesło na pewno za jakiś czas wymienię na wygodniejsze, ale te dwa, które mam też nie są wcale takie złe.

Freelance copywriting

Na parapecie trzymam niedawno kupionego Łucznika z polskimi znakami, na którym piszę. Jakiś czas temu wymyśliłam sobie drugi kącik do pisania, taki typowo staroświecki, klimatyczny. Planuję domontować specjalny blat do tworzenia, na którym też będę pisać, ale to plan na najbliższą przyszłość, bo ciągle brakuje mi czasu, aby go w końcu spełnić. Mam też kilka maszyn w garażu, również z polskimi znakami, ale są w gotowości, gdyby z jakiegoś powodu Łucznik odmówił współpracy. Są tam też dlatego, że czasami siedzimy w garażu i gdyby tam dopadł mnie jakiś pomysł to zawsze mogę go szybko zapisać.

freelance copywriting

Kilka wniosków na zakończenie

Pierwszy i najważniejszy wniosek: w pracy na swoim jest tak, jakbym miała kilka etatów. To wyjaśnia dlaczego nigdy nie pójdę na normalny etat do nikogo. Nie ma też takich pieniędzy, które przekonałyby mnie do rezygnacji z tego, co budowałam latami. Dodatkowo ta wolność i możliwość układania samodzielnie swojego planu dnia jest czymś absolutnie niezwykłym i bezcennym dla mnie. Szczególnie w momencie, gdy niedługo na świecie pojawi się moja córeczka. Nie wyobrażam sobie, że musiałabym się prosić o wolne u kogokolwiek albo że ktoś przyznawałby mi konkretną ilość wolnych dni do wykorzystania. Nie lubię się ograniczać, a też nie chciałabym przegapić żadnej z najważniejszych chwil w życiu mojego maleństwa.

Czy było warto? Zdecydowanie warto! Wiem, że nigdzie nie byłoby mi lepiej niż we własnej firmie. Przez dwa lata pracy na swoim nie dołożyłam do tego biznesu ani złotówki!

Wiele rzeczy zrobiłabym dziś inaczej: np. wcześniej bym sobie wszystko przygotowała, bo przez te dwa lata wciąż moja strona firmowa jest do dokończenia. Miałam tak dużo pracy, że zwyczajnie nie byłam w stanie znaleźć nadprogramowego czasu. Dodatkowo – nigdy nie zleciłabym niczego na mojego bloga firmowego, a wpisy na nim pojawiają się rzadko, bo staram się, aby były na maksa przemyślane i wartościowe.

Jednak nie jestem w stanie powiedzieć, że każdemu to się opłaca. Każdy sam musi odpowiedzieć na to pytanie, ja wiem tylko, że do freelance copywritingu na pewno nie każdy się nadaje, bo praca w domu nie jest dla każdego ze względu na specyfikę takiej pracy, odpowiedzialność i stres.

I na koniec – zapraszam do mojej grupy inspiracyjnej Uwolnij Słowa.

Freelance copywriting i grupa inspiracyjna, czyli o mojej społeczności

Grupa inspiracyjna Uwolnij Słowa to miejsce dla każdego, kto pisze, chce zacząć lub robi to zawodowo. Co robimy w grupie?:

  • rozmawiamy na różne tematy, także związane z pisaniem, blogowaniem,
  • inspirujemy się nawzajem i motywujemy do pisania,
  • bierzemy udział w kreatywkach, czyli zabawach pobudzających kreatywność np. tworzymy wspólnie opowiadania, limeryki, wymyślamy hasła reklamowe, nazwy,
  • mamy cykl, w którym pomagamy sobie nawzajem w tworzeniu lepszych tekstów poprzez udzielanie konstruktywnej krytyki.

Zapraszam serdecznie 🙂 Wystarczy kliknąć na poniższy baner, aby po chwili znaleźć się w grupie i odpowiedzieć na 3 proste pytania.

Czy jest coś, co chcielibyście wiedzieć o freelance copywritingu? Dajcie znać w komentarzach, a chętnie rozbuduję ten tekst.

Freelance copywriting - grupa inispiracyjna Uwolnij Słowa

copyrajder
Copywriting - jak zacząć

To Ci się może spodobać! :)

Przejdź do paska narzędzi