Melodia ulotna…

Posted in Refleksje
on Styczeń 31, 2017

Tęskniliście za kimś tak mocno, że łzy same napływały Wam do oczu?

Ja tęsknię każdego dnia, ilekroć przypomnę sobie w pamięci lekko napuszone rude futerko, które przesiadywało na marmurowych schodach. Ilekroć przypomnę sobie piękne miodowe oczy, intensywnie migocące się w popołudniowym słońcu. Ilekroć przypomnę sobie usta ułożone w charakterystyczny półksiężyc, pomarszczone dłonie, które podawały mi najlepsze na świecie pączki bez lukru, gdy byłam małą dziewczynką.

Tęsknię każdego dnia podwójnie, a łzy… płyną. Nawet teraz, gdy piszę ten wpis.

Opowiem Wam historię, która wydarzyła się naprawdę…

Mój dziadek uwielbiał godzinami patrzeć na gołębie. Stworzył dla nich nawet specjalny gołębnik ogrodowy. Czasem oglądałam razem z nim siedząc na piętrze balkonu domu, który zbudował wraz z moim ojcem i wujkiem. Ogródek uważał za swoją świętość, a gdy wykopałam w nim z moim bratem ciotecznym dość spory dół na oczko wodne, wkurzył się na nas. Dawaliśmy mu całkiem dużo powodów do zdenerwowania, nawet wtedy, gdy nie wiadomo skąd przytaszczyliśmy wielką wannę do ogrodu. Gdy pewnego razu w zimę, po zbudowaniu igloo na podwórku wymyśliłam, że idę do domu po telewizor zdążył zatrzymać mnie w połowie drogi. Za cholerę nie rozumiałam dlaczego nie mogę mieć telewizora w tak wypasionym igloo, to przecież był świetny pomysł! Podziwiałam jego cierpliwość.

***

Miał cierpliwość nawet wtedy, gdy zdarłam sobie kolana do krwi i gdy do nich przykleiły mi się obleśne, welurowe legginsy w kwiatki pod wpływem ciepła. Rozciął mi je nożyczkami. To był jeden z gorszych momentów w moim życiu.

– Dziadku, ale ostrożnie, dobra?

– Nie ruszaj się – mówił.

***

Pewnego dnia wszyscy w domu u dziadków zapragnęli mieć kota. Dziadek ich bardzo nie lubił. Obawiał się, że kot będzie podchodził do gołębi na podwórku i je denerwował. Kury nie stanowiły aż takiego problemu. Obawiał się też o kwiatki w ogródku, które pieczołowicie sadził. Miał dużo obaw, choć do znudzenia zapewniałam go, że są zupełnie niesłuszne.

– Będziemy go trzymać w domu – przekonywałam nawet nie myśląc, że kot też będzie potrzebował trochę wolności i świeżego powietrza. Myślałam, że taki argument przekona dziadka. Byłam tak zdeterminowana, że chciałam trzymać kota nawet na strychu, albo w ciemnej piwnicy.

– Nie zgadzam się. – mówił.

Poczułam wtedy, że jest bardzo zimnym człowiekiem, który nie lubi zwierząt. Nie podobało mi się to i nie mogłam zrozumieć, dlaczego taki jest. Byłam na niego obrażona i nie przychodziłam do domu dziadków tygodniami.

Po kilku tygodniach dziadek został postawiony przed faktem dokonanym, co bardzo mnie ucieszyło. Mój wujek przyniósł z pracy w kurtce rudą, zawiniętą w kłębek kulkę, z lekko nastroszonym futerkiem. Zrobiłam wtedy do dziadka pewien gest, krzyżując dwa palce wskazujące i przesuwając jeden z nich po drugim.

Obawy dziadka były słuszne. Kot uwielbiał salceson i szynkę, nie jadł byle czego, co powodowało koszty i niższą emeryturę. Do tego niszczył każdy kwiatek w ogrodzie podgryzając najpierw delikatnie łodyżkę, przeżuwając na zmianę płatki, które potem wypluwał. Rozkopywał ziemię i zostawiał sierść wszędzie, gdzie było to możliwe i zauważalne. Robił bałagan na podwórku i straszył gołębie, i kury. Był bardziej niemożliwy niż ja wtedy, choć czułam się trochę usprawiedliwiona.

Kot miał w domu swoje miejsce, na marmurowych schodach. Siedział na jednym z nich, a jego futerko lśniło w słońcu. Promyki wpadały przez okno do domu. Podchodziłam wtedy do niego, siadałam na tym samym schodku i rozmawiałam z nim. Godzinami mogłam patrzeć w jego oczy, które rozumiały wszystko bez dodatkowych słów. Pewnego razu patrzył na mnie inaczej niż zwykle. Dziwnie. Jakby jego oczy chciały mi coś ważnego powiedzieć. Podziwiałam jego intuicję. Był to kot, który potrafił przewidzieć wszystko, wyczuwał emocje.

***

Nastała połowa października. Wcześnie rano dziadek wyszedł ze swojego pokoju na piętrze. Przeszedł przez korytarz i zaczął schodzić po schodach, doszedł do tamtego pamiętnego schodka. Kota nie było na nim od dawna. Nagle wujek usłyszał huk… Zobaczył leżącego dziadka w połowie schodów. Nie zdążyłam się z nim pożegnać…

Bardzo krótka historia pączków

Wracam myślami do tamtego weekendu. Spędzałam całe popołudnie w domu moich dziadków. Z moim bratem ciotecznym oglądałam wtedy „Gęsią Skórkę”, a potem bałam się wracać do domu, choć mieszkaliśmy przy tej samej ulicy. Prosiłam nawet mojego brata, żeby mnie odprowadzał. Z czasem nauczyłam się wracać sama, bo ciekawość strasznych historii sprawiła, że z każdą z nich nabierałam coraz większej odwagi. Jako dziecko uwielbiałam straszne historie, a potem zapalałam światła we wszystkich pomieszczeniach w domu. Nigdy się nie słuchałam i nigdy nie przestałam oglądać strasznych historii. Z czasem pragnęłam ich więcej i więcej.

Nagle dziadek przyszedł do nas z ogromnym talerzem pączków bez lukru.

–  Dziadku, ale ja chcę mokrego pączka! – odpowiedziałam stanowczo tamtego wieczoru.

–  Te są równie dobre – odpowiedział.

Byłam nieusłuchana. Gdy po raz kolejny podsuwał mi pod nos „suche” pączki, a ja odmówiłam, zrobił wtedy coś nieoczekiwanego.

Zabrał mojego pączka do kuchni, podstawił go pod kran i polał wodą.

– Proszę, teraz już jest mokry.

Ugryzłam jednego i miał rację, były równie dobre. Były to najlepsze pączki na świecie.

To Ci się może spodobać! :)

Przejdź do paska narzędzi