Miłość przez internet, czyli jak poznałam męża w sieci

Posted in Lifestyle, Refleksje
on Czerwiec 8, 2018
Miłość przez internet

Mam za sobą kilka związków z sieci, ale otwarcie powiem, że wierzę w miłość przez internet. Mam wrażenie, że w sieci jakoś łatwiej można się poznać, choć ostrożności nigdy za wiele. Niektóre nauczyły mnie wytrwałości, inne okazały się pomyłkami i stratą czasu. Podzielę się z Wami historią o tym, jak poznałam Łukasza, mojego męża, mimo bardzo sceptycznego nastawienia z mojej strony na początku naszej internetowej znajomości. 

Miłość przez internet, czyli o tym, jak to było kilka lat temu…

To była końcówka 2010 roku. Pewnej nocy wpadłam na szalony pomysł. Założę sobie konto na portalu randkowym, a dokładniej w takiej aplikacji na portalu społecznościowym Grono (kto pamięta?). Impuls był tak silny, że od razu zaczęłam działać. Wpisałam kilka informacji, dodałam kilka zdjęć i już, poszłam spać. Na drugi dzień ok. 10 rano, zerknęłam tam z ciekawości. Zalogowałam się do aplikacji Grono randki. Patrzę i oczom nie wierzę. 20 stron wiadomości od facetów. Byłam w takim szoku, że przez lata części nie przeczytałam.

Miłość przez internet dzięki aplikacji do randkowania

Aby Wam ułatwić, napiszę trochę o samej aplikacji. Była to aplikacja na zasadzie oceniania ludzi po zdjęciach. Każdy użytkownik miał tam swoje zdjęcie i jeśli ktoś się podobał, klikało się coś pod zdjęciem (to było chyba serduszko czy łapka do góry, nie pamiętam). Była chyba też możliwość wysłania krótkiej wiadomości tekstowej, ale z ograniczeniami. Osoba ze zdjęcia dostawała chyba powiadomienie czy jakoś tak i mogła sprawdzić kto i w jaki sposób zagłosował. Dziwna aplikacja z perspektywy czasu, ale wtedy nie przywiązywałam do tego aż takiej uwagi. Nie miałam też bardzo ciśnienia, żeby poznać kogoś nowego. 

Jak to było z nami?

Wśród osób, którym podobały się moje zdjęcia, było jedno konto szczególne. Biało-czarne zdjęcie profilowe jakiegoś chłopaka za perkusją, nie powiem, bardzo mnie to urzekło, bo od zawsze ciągnie mnie do muzyków. Po dokładnym przeanalizowaniu profilu, szybko kliknęłam, że zdjęcie przypadło mi do gustu. Oglądałam je jeszcze potem kilka razy, ale nie liczyłam na wiele. Było też tam kilka innych zdjęć, które też mnie mocno przyciągały. Pewnego dnia, gdy odkurzałam całe mieszkanie i miałam włączony komunikator Gadu-Gadu, wyświetliła się wiadomość:

– Cześć, masz chwilę? – migało w okienku.

Teraz? – powiedziałam na głos, zmachana odkurzaniem całego mieszkania. 

Podeszłam do komputera i wystukałam szybko:

– Szczerze, to nie. 

Wróciłam do odkurzania. A po kilku dniach znowu napisał. Nie pamiętam już o czym wtedy rozmawialiśmy, ale pamiętam, że te rozmowy były o wszystkim i trwały do Świąt Bożego Narodzenia, czyli praktycznie przez cały grudzień, dzień w dzień. Potem do mnie dzwonił, a po świętach zapytał o moje plany na Sylwestra. 

Odpisałam mu, że spędzę go w domu, z butelką wina i kotem. 

Napisał, że ma lepszy pomysł.

Wiecie, jak to jest… 🙂 Ale ja nie byłam łatwą kobietą, którą można sobie „urobić”. Mimo to, ciekawość była silniejsza.

– Jaki masz pomysł? 

– Co powiesz na wspólnego Sylwestra? Przyjadę po Ciebie, pójdziemy na próbę mojego zespołu, spędzimy razem nowy rok, a potem Cię odwiozę. 

Na początku pomyślałam, że żartuje, że przecież to za szybko no i nie wierzyłam trochę do końca, że specjalnie dla mnie przejedzie 200 km w zimę. 

Jakież było moje zdziwienie, gdy w umówiony dzień, gdy byłam u przyjaciółki, wysłał mi SMS-a o treści: „Gdzie mam jechać, bo już jestem?”. 

8 lat jak jeden dzień…

Przyjechał po mnie, a ja zdębiałam, bo nadal nie potrafiłam uwierzyć, że jednak jest słowny. Usadowiłam się w kubełkowym fotelu w jego samochodzie i pojechaliśmy do Warszawy. Po drodze szybkie zakupy, zrobiliśmy sałatkę na imprezę u niego w domu i poszliśmy piechotą na salę prób. Tam było bardzo dużo osób i alkoholu. Pamiętam bardzo dobrze, że w połowie imprezy zniknął gdzieś na pół godziny, a potem do mnie wrócił, prosząc, żebym podała mu rękę i weszła pierwsza po schodach. Tak zrobiłam.

A potem… otworzył mi drzwi na jeden z warszawskich dachów. To była zima, późny wieczór. Byłam ubrana w krótką sukienkę przed kolano, rajstopy i kurtkę. Rzuciłam się w zaspę śniegu i zrobiłam aniołka. Dla niego był to przełomowy moment, który nazywa się „zakochaniem”. Po trzech dniach wyznał mi miłość. Wynajmowałam mieszkanie na oddzielnej dzielnicy w Warszawie (wtedy studiowałam). Prawda jest taka, że więcej byłam u niego niż w wynajmowanym mieszkaniu, dlatego postanowiliśmy razem zamieszkać, bo bez sensu było codzienne przejeżdżanie przez pół miasta, żeby się zobaczyć. W zasadzie po tygodniu znajomości wprowadziłam się do niego. Przez kilka lat tak sobie żyliśmy, potem skończyło się to ślubem i dzieckiem. 

Nigdy wcześniej nie byłam tak szczęśliwa jak teraz.

przyjaźń z gejem
Efektywne planowanie w bullet journal

To Ci się może spodobać! :)

Przejdź do paska narzędzi