„Nie umieraj do jutra” – recenzja książki powstańca Wacława Glutha-Nowowiejskiego

Posted in Historie Autentyczne, Książki, Recenzje, Refleksje, w Warszawie
on Wrzesień 4, 2019
"Nie umieraj do jutra"

Jak długo można wytrzymać bez wody? A bez jedzenia? Jak długo można ukrywać się w jednym miejscu, rozmawiać szeptem? Jakie myśli nachodzą człowieka w samotności i strachu? Do czego człowiek jest zdolny w takich chwilach? „Nie umieraj do jutra” to zapis 100 dni ukrywania się ludzi w gruzach Warszawy. Od upadku powstania, czyli od momentu podpisania aktu kapitulacji 2 października 1944 roku aż do wyzwolenia Warszawy przez oddziały wojska polskiego i radzieckiego 17 stycznia 1945 roku.

Relację spisał 93-letni powstaniec warszawski, Wacław Gluth-Nowowiejski – żołnierz Zgrupowania AK „Żmija”, dowódca armii na Żoliborzu. Z perspektywy obserwatora, ale i uczestnika tamtych wydarzeń, zrelacjonował potworne, bardzo poruszające, choć autentyczne losy ludzi, których schronieniem przez 100 dni były gruzy warszawskich budynków. W ostatnim rozdziale książki opowiedział również swoją historię. W powstaniu warszawskim zginął jego brat. Niezłomny, warszawski Robinson. 

To z każdą stroną wciągająca opowieść niczym z innego świata —  a przecież tego samego — rozgrywająca się w miejscu dobrze znanym. Nieprawdopodobnie bolesna i szokująca relacja, ale nade wszystko — ciekawa.

„Nie umieraj do jutra” – co znajdziesz w książce? 

Niewiarygodną i godną podziwu odwagę ludzi; akcje, którymi ryzykowali życie, bo nie mieli innego wyjścia – musieli walczyć o wolność i nierzadko bezinteresowną pomoc drugiemu człowiekowi w potrzebie. Świadectwa walki o wolną Warszawę i najpopularniejsze kryjówki warszawskich Robinsonów ze wskazaniem konkretnych ulic na mapie miasta. 

Wojenna historia Czesława Lubaszki 

Niewielu zdaje sobie sprawę, że jedną z osób ukrywających się w Warszawie był Czesław Lubaszka — założyciel słynnej piekarni.

Gdy ludność cywilna na rozkaz von dem Bacha opuszczała miasto i kierowana była do obozów koncentracyjnych, on zdecydował się mimo wszystko zostać w Warszawie i ukrywał się w gruzach najbardziej zniszczonych budynków. Specjalnie wybierał takie, które nie wzbudzałyby podejrzeń wroga.

Jak sam twierdził, wolał to, niż być poniewieranym. Myślał, że takie życie w gruzach miasta będzie trwało tylko przez 3 tygodnie, a potem nadejdzie pomoc. Za 5 bochenków chleba uratował życie żydowskiej kobiecie, bo dołączyła do ich grupy i pomagała w przygotowaniu skromnych posiłków. Nie był jednak sam. Dołączył do niego jeszcze jeden Polak (skoczek spadochronowy)… i Wania – żołnierz Armii Czerwonej. 

On razem z innymi mieszkańcami Rzeczpospolitej Gruzów mieli swoje kryjówki głównie na lewym brzegu Wisły – od Śródmieścia, po Wolę, aż na Ochocie, Mokotowie i Żoliborzu.

Na początku schronili się w piwnicy mieszkania przy ulicy Twardej 40 w bliskim sąsiedztwie ulicy, którą znał doskonale. Wspólnymi siłami za pomocą znalezionych desek, blach i stropów stworzyli kryjówkę. Ułożyli wszystko na zewnątrz tak, aby wejście nie wzbudzało podejrzeń, a wyglądało na naturalne zwalisko. Z sąsiednich domów zabrali pośpiel, garnki, cukier, sól i… sto pięćdziesiąt kilogramów mąki, z której Lubaszka piekł pieczywo w piecu w piwnicy jednego z okolicznych domów. Kilkanaście bochenków chleba schowali na strychu, które potem spleśniały. Aby znów przygotować zapasy żywności chodzili we trzech do piwnicy domu, gdzie znajdował się piec. Gdy w sąsiednich budynkach nie znaleźli nic do jedzenia, ryzykowali życie, zapuszczając się coraz dalej… 

W miarę możliwości sprawdzili jakie są dojścia do ulic: Złotej, Marszałkowskiej, Grzybowskiej i Ciepłej. Zorientowali się, jak się tam dostać, gdzie są studnie i uzupełnili zapasy wody. Gdy zimą nie było wody w studniach, zbierali sople lodu i spijali deszczówkę, by przetrwać… 

Codzienność po powstaniu warszawskim

Zdobycie żywności było arcytrudne. Wyjście po wodę do studni, mogli przypłacić życiem. Ci, którzy zostali, szukali pożywienia w piwnicach; żywili się resztkami jedzenia, często zapleśniałą skórką chleba. Codzienność trzech Robinsonów wygląda każdego dnia podobnie. Żywili się  chlebem, popijali wodą. Nie zawsze jednak mogli tak zaspokoić głód. Skromne racje żywnościowe dzielili po równo na trzech. Rozmawiali szeptem, aby tylko nikt nie usłyszał. Przeraźliwą ciszę przerywała co jakiś czas detonacja pocisku artyleryjskiego, czasem seria wystrzału z karabinu maszynowego. W sercach nieustannie tliły się iskierki nadziei, w głowach noce myliły się z dniami; czarne myśli zmieszane były iluzją wolności, a w snach powracały koszmary. 

Męczące ataki kaszlu kolegi leczyli własną wersją lekarstwa o nazwie gruzoglukoza. Była to mieszanina spirytusu, cukru i wody. Po trzech dniach kaszel ustąpił.

Z czasem dostrzegli minus we własnej kryjówce — tylko jedno wyjście awaryjne. W razie nalotu, nie mieliby dokąd uciec. Postanowili przenieść się do starej, zbombardowanej oficyny z trzema piwnicami i traktować to jako drugą kryjówkę. Aby tam dotrzeć, musieli przeciskać się przez zwały gruzów, a w pewnym miejscu zeskoczyć do siedziby dawnego magla. Beczka była bramą wejściową i jednocześnie sprawiała wrażenie odciętej drogi. W nowej kryjówce było ciepło dzięki żarzącym się kostkom koksu na podłodze i przestronnym pokojom. 

Życie na strychu 

Marian Uramowski „Kora” walczył na Mokotowie w oddziale „Baszta”. Bohater innej opowieści ulokował się w kryjówce przy ulicy Szustra 10. W jego kamienicy wrzucono ładunek tylko do piwnicy, więc miał ogromne szczęście, które nie trwało długo.

Po trzech dniach musiał zmienić miejsce pobytu. Szukając nowego lokum, wspiął się na barykadę worków z piasku, a Niemcy byli od niego oddaleni tylko o 4 metry, a mimo to, nie zauważyli go! Po drugiej stronie ulicy, na strychu znalazł przestrzeń o wysokości 120 metrów. Planował spędzić w niej kolejne tygodnie. W samotności gruzów stracił głos, bo nieużywane struny głosowe odmówiły mu posłuszeństwa. Na nowo uczył się mówić. 

W listopadzie z niewielkiego okna na dachu dostrzegł innych Robinsonów prowadzonych ulicą Dworkową na rozstrzelanie. Nie mógł nic zrobić. Do dziś w Warszawie widać napisy na tabliczkach: „Zginęli, bo byli Polakami”. 

Zimą śnieg utrudnia zdobywanie pożywienia. Ślady na śniegu zdradziłyby go od razu, a wtedy byłby łatwym celem do wytropienia przez psy myśliwskie. W odległośći pięćdziecięciu metrów odnajduje studnię i korzysta z niej stale. Zimą podobnie jak inni — zbiera deszczówkę i sople, aby ugasić pragnienie. Przez trzy miesiące żywił się sucharami, cebulą i polewką z kaszy. Kilka dni przed wyzwoleniem Warszawy, na klatce schodowej słyszy kroki mężczyzny… To jeden z pracowników zatrudnionych do pompowania octu, który obiecuje pomoc i ratunek.  

Dziecko, które zbyt szybko dorosło 

Antoni miał tylko 16 lat, gdy dołączył do innej grupy powstańców. W kamienicy na Marszałkowskiej 21/25 znalazł tymczasowe schronienie. Po linie w windzie zsunął się ostrożnie, aby zbadać sytuacje. Ryzykował życie. Zdjął buty i schował do kieszeni, które podczas zjeżdżania — spadły. Nagle uświadomił sobie, że na dole w ciemności jest coś niepokojącego. Przymrużył oczy. W tle tlił się ogień, jakby ktoś stał na dole i zapalał papierosa. Oby tylko nie spojrzał w górę… Udało mu się przeżyć. Podczas wędrówek natknął się na trzech chłopaków, z którymi mieszkał w tej kamienicy do listopada 1944 roku. 

3 miesiące na wieży kościoła 

Nieprawdopodobna, lecz prawdziwa wydaje się historia trzech Robinsonów. Przez 3 miesiące ukrywali się na wieży kościoła św. Antoniego przy ulicy Senatorskiej. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dzielili to niewielkie terytorium z żołnierzami niemieckimi na dole. We trzech organizowali zjazdy na linie po pożywienie i wodę. Dwóch z nich zjeżdżało na linie, a jeden czuwał nad ich bezpieczeństwem z bronią w ręku. 

Nieuchwytny Bóg wojny – Ares

W gruzach żył ktoś jeszcze. Nazywano go Aresem, bo był nieuchwytny i lubił robić okupantom kawały. Szybko zmieniał miejsca, podpisywał się na gruzach i zostawiał wiadomości, które Niemców doprowadzały do wściekłości. Ares znalazł miejsce częstych spotkań okupantów. Zakradł się, zostawił jednego trupa i napisał na fragmencie ściany po niemiecku, że to samo czeka każdego z nich. Informował ich gdzie są miny i ostrzegał w jakich godzinach muszą złożyć broń. Którejś nocy celowo odwrócił ich uwagę i włączył alarm. Wszystko po to, aby wybawić żołnierzy z kryjówek i ich zabić. 

Historie opisane w książce są bez wątpienia ciekawe i poruszające. To historie ludzi, o których nie da się tak po prostu zapomnieć. To część człowieczeństwa. Książka zawiera dziesięć opowieści, w tym jedną, ostatnią autobiograficzną — jesienne wspomnienia powstańca w dzielnicy Marymont. Serdecznie polecam. 

 


Nie umiem zmieścić w głowie ogromu emocji i bólu bohaterów.

Nigdy nie poczuję ich strachu, siedząc na wygodnym krześle w bezpiecznym mieszkaniu. Mogę czuć tylko wdzięczność i szacunek. 

Wstyd mi za wszystkich, którzy mają czelność oceniać sens powstania warszawskiego, a nigdy tego nie przeżyją. 

Historia autentyczna #18: Sylwia Chwalana o copywritingu
Historie autentyczne 19-Paweł Cisek

To Ci się może spodobać! :)

Przejdź do paska narzędzi